-
Paweł Juchim Opublikowane w grupie Przywrócenie świetności dawnym szlakom górskim w Polsce
Pracujemy nad serią artykułów o dawnych, zapomnianych i słabiej dziś pamiętanych przejściach górskich w różnych pasmach. Choć docelowo nie chcemy ograniczać się do Tatr, to właśnie od nich zaczynamy, bo literatura związana z tym regionem jest łatwiej dostępna i pozwala dobrze uchwycić dawny sposób myślenia o górach. Ten tekst jest pierwszym z serii.
Zanim Tatry stały się górami nowoczesnego turysty, rozrysowanego po czerwonych, niebieskich i zielonych znakach, były przestrzenią bardziej płynną. Chodziło się nie tylko „na szczyt”, ale także między dolinami: z jednej polany do drugiej, z jednego szałasu do drugiego, z jednego kotła w drugi. Dawne opisy pokazują coś, co dziś łatwo przeoczyć, że XIX-wieczny wędrowiec patrzył na Tatry nie jak na zbiór osobnych atrakcji, lecz jak na sieć przejść, skrótów i naturalnych łączników.
Jednym z najciekawszych przykładów jest przejście z Mało-Łąki do Strążysk. W opisie z epoki nie ma tu tonu sensacji ani „wyprawy ekstremalnej”. Przeciwnie: autorka pisze wprost, że z Mało-Łąki można przejść do doliny Strążysk, ale nie należy zapuszczać się pod sam Giewont. Lepiej iść przez polankę Mało-Kączkę, oddzieloną niskim, lesistym grzbietem. Najważniejsze jest jednak jej podsumowanie: „przejście tędy jest bardzo łatwe”. To jedno zdanie dobrze pokazuje, że dla XIX-wiecznego obserwatora połączenie między dolinami nie było jeszcze „wariantem”, lecz elementem naturalnej logiki górskiej wędrówki.
Współczesny turysta widzi tu zwykle przede wszystkim cel wycieczki: Giewont, Czerwone Wierchy, Dolinę Strążyską czy Małołączniak. Dawny opis podsuwa jednak inne spojrzenie, nie punkt docelowy, lecz ciągłość terenu. Doliny nie były od siebie odcięte. Łączyły je polany, siodła, boczne ścieżki i wiedza ludzi, którzy znali góry nie z mapy, lecz z codziennego używania.
Jeszcze wyraźniej widać to przy Świstówce nad Roztoką. Dziś sama nazwa brzmi groźnie i legendarnie. W XIX-wiecznym opisie rzeczywiście pojawia się motyw „osławionego miejsca”, ale autorka szybko ten lęk rozbraja. Pisze, że ścieżka jest wyryta na stromym stoku, lecz na tyle szeroka, że można nią wygodnie iść, a nawet minąć się z drugą osobą. Niebezpieczeństwo wynika nie tyle z technicznej trudności, ile z sąsiedztwa ogromnej przepaści, więc realnie dotyczy przede wszystkim osób cierpiących na zawroty głowy. Dla pozostałych była to droga bardziej straszna w opowieści niż w praktyce.
Pokazuje to mechanizm dobrze znany także dziś: Tatry żyją nie tylko terenem, ale i reputacją szlaków. Jedne miejsca uchodzą za „groźne”, choć dla wprawnego piechura były po prostu wymagającym odcinkiem. Inne z kolei znikają z pamięci, bo wyszły z głównego obiegu turystycznego. Świstówka staje się w takim ujęciu nie tylko fragmentem drogi do Pięciu Stawów, lecz także przykładem tego, jak rodzi się górska legenda.
Trzeci trop prowadzi pod Mnicha, nad Morskim Okiem. W opisie czytamy, że w północno-zachodnim kącie jeziora sterczy piramidalna skała zwana Mnichem, „poza którą jest także przejście do Pięciu Stawów”. Ta wzmianka pokazuje, że relacja między Morskim Okiem a Doliną Pięciu Stawów nie była w dawnym myśleniu ograniczona do jednego oczywistego dojścia. Istniała świadomość innych połączeń, innych wariantów terenowych i innego rytmu poruszania się po górach.
Takie XIX-wieczne opisy nie dają jeszcze nowoczesnej siatki szlaków, ale odsłaniają mapę dawnej praktyki wędrowania: gdzie „da się przejść”, którędy idą górale, skąd można zejść, co uchodzi za wygodne, a co tylko za pozornie straszne. To Tatry sprzed zunifikowanej turystyki, bardziej lokalne, bardziej „czytane terenem”, mniej podporządkowane jednemu oficjalnemu przebiegowi.
Na wschodzie tej dawnej sieci pojawia się jeszcze jeden ślad wart zapamiętania: rejon Koperszadów Bialskich. Autorka wspomina tam o przełęczy obok Kopy, którą prowadziło wygodne przejście, a nawet konny przejazd na Podhale spiskie. To już nie tylko spacer między dolinami, ale wyraźny znak, że dawne Tatry były także obszarem komunikacji, kontaktu i przekraczania granicy górskiego świata, a nie jedynie sceną widokową dla przyjezdnych.
Może więc „zapomniane przejścia” to nie tylko te, które całkiem zniknęły. Równie ważne są te, które przestały być czytane po dawnemu. Mało-Kączka między Mało-Łąką a Strążyskami, Świstówka nad Roztoką, przejście „poza Mnichem” – wszystkie te miejsca przypominają, że XIX-wieczne Tatry były siecią powiązań, a nie katalogiem osobnych atrakcji. Od odzyskania tej perspektywy warto zacząć całą serię.
Bibliografia
Maria Steczkowska, Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin, wydanie drugie, Kraków, w Drukarni Uniwersytetu Jagiellońskiego, 1872.Źródła ilustracji
Zbigniew Korosadowicz, Tatry Polskie i Zakopane. Szlaki turystyczne letnie, Łódź: Biuro Organizacji Turystyki PTTK.

