• Zdjęcie profilowe Sol Sol

    Sol Sol Opublikowane w grupie Neuroatypowa misja Sola

    , 1 godzinę temu

    Pokochałem się z Andaluzją, k†óra w promieniu 300 kilometrów daje mi Sierra Nevadę, Tarifę, Granadę, Costa del Sol, Atlantyk, resztki kultury arabskiej , styk dwóch największych religii świata, widok na Afrykę, język hiszpański. To miejsce staje się dla mnie kolejną misją próby odnalezienia się ze swoim panteizmem okraszonymi wewnętrzną mocą, kreatywnością i miością.
    Zaczynając od najwyższych gór na Półwyspie Iberyjskim.
    Nie jestem zapewne pierwszą osobą zastanawiającą się nad fenomenem gór, zwłaszcza zimą. Żeby spojrzeć na nie z bliska, trzeba czasami naprawdę się namęczyć i zawsze jest tyle rzeczy do zrobienia. Najpierw trzeba dojechać do podnóży, aby wystartować na skiturach z dobrej wysokości.
    Przygoda z Sierra Nevada zaczyna się od przejazdu na stację kolejową w Zgorzelcu, pierwsza stacja w Polsce, pamiętam jeszcze toalety jak we Włoszech i czasami w Hiszpanii. Trzeba stanąć w wyznaczonych miejscach stopami i im bardziej zegnie (ciekawe słowo, Essensa dopiero Zegna) się nogi i długo wytrzyma, to pozwoli w tak prawidłowej postawie opróżnić maksymalnie jelito grube.
    We Wrocławiu siadam do autobusu, który prawie godzinę wiezie mnie na lotnisko. Wejście do samolotu, trzy i pół godziny lotu. Z lotniska w Maladze autobusem do Granady około dwóch godzin. Z dworca w Granadzie na przystanek autobusowy do Pradollano w Sierra Nevada.
    Przejazd komfortowym autobusem do największego kurortu narciarskiego jakim jest Pradollano jest pierwszym niezwykłym doświadczeniem. Powoli wspinamy się szeroką, krętą drogą podjeżdżając pod przepaście, wysokie ściany, wąwozy, doliny i białe miasteczka widziane w oddali. To jest jak przejście w inny wymiar i czasoprzestrzeń, jakbym znalazł się w krainie, o której od dawna marzyłem, ale nie byłem sobie w stanie wyobrazić. Ile można sobie wyobrazić mieszkając na nizinach z majaczącymi górami nie przekraczającymi wysokością 1000 metrów n.p.m. .
    Dostrzegam ścieżki, gołe skały, żleby po to aby mój umysł fraktalizował wszelkie możliwości realizacji wraz z ciałem, które ma do dyspozycji. Teraz przede mną kwestia wyboru narzędzia sportowego, jakie będę wykorzystywał aby zwiększyć lewar realizacji. Rower gravel i enduro, buty do trekkingu, buty do wspinaczki, a przecież przede mną skrzydło do zlotu, nocleg pod gołym niebem przekłutym przez pas Oriona. W słuchawkach wygłuszających z reguły podcast lub dobra muza, aby wygłuszyć zewnętrzne odgłosy otaczających mnie pasażerów. Nie jestem zainteresowany odgłosami mojego tymczasowego plemienia. Jesteśmy ze sobą przez chwilę, aby nigdy później się nie spotkać. Na szczęście żyję w czasach, że nie jesteśmy wywożeniu w bydlęcym wagonie do obozu, lub na wojnę. Hiszpanie, co daje się odczuć mi, Polakowi, nie są tak straumionym narodem jak Polacy. Mieli oczywiście swoje wewnętrzne próby samounicestwiania, ale przez ostatnie 500 lat nie byli praktycznie przez nikogo najeżdżani i wyburzani, jak również nie robili tego nikomu, więc git, można starać się żyć lekko i z przyjemnością. To tutaj dopiero zobaczyłem pary starszych ludzi, idących po chodniku i trzymających się za rękę. Mało tego, potrafią od rana siedzieć w kawiarniach, popijać kawę, jeść bułkę z przesmarowaną pomidorowym sosem i po prostu być w tym. Nigdy tego w Polsce nie widziałem. Może we Wrocławiu w sobotę, ale to była konkretna ustawka, a nie spontaniczna codzienność.
    Wychodzę z autobusu i idę z plecakiem oraz całym sprzętem skiturowym do centrum miasteczka. Tam kawa u znajomych z Argentyny, czekoladowa muffinka i przeorganizowanie się. Pierwsze wyczucie zimnego wiatru na twarzy. Idę w końcu na obrzeża, aby za płotem znaleźć się w końcu na śniegu. Kask, gogle, foki na nartach, odpowiednia długość kijków, nawodnienie z bukłaka i cisnę do góry. Zamieniam się w korę wzrokową, wdech i wydech i wiatr, który przewiewa się swobodnie przez moje ciało. O puchu mogę sobie tylko pomarzyć, więc dobieram trasę, w zależności od twardości śniegu. Najlepiej jest się zapadać, niż zsuwać po lodzie.
    Im wyżej tym więcej przestrzeni wokół mnie, pode mną, wokół mnie i za mną. Przy niej ciężko jest poczuć samotność, bo jest się tu i teraz. Kora czołowa podkręcona adrenaliną, dopaminą i niezastąpionym kortyzolem wyostrza wszystkie zmysły, podkręca działanie. Mobilizuje do niecodziennego wysiłku. Przekonuje cały umysł że damy radę. Trzeba tylko iść do góry, bo nie wiem skąd u mnie ta niewytłumaczalna przyjemność wchodzenia do góry. Coś musiał kiedyś któryś z przodków zakodować, a potem kolejny, któremu udało się być w górach, zaznaczać w mielinach neuronalnych kolejnymi dawkami chemii. Daje się zauważyć wyraźną różnicę między samotnością w górach, a życiem wśród ludzi. Wspomniane moje bycie tu i teraz, uznawane przez wschodnich myślicieli za istotę i głębie życia, często traktuje jak przekleństwo. Wszystkie umysły wokół mnie, będące we własnych symulacjach, konfabulacjach, teoriach o przeszłości i przyszłości, próby przekazywania własnych myśli i przekonywania ich każdego następnego spotkanego, jako najlepszych, jedynych i niepowtarzalnych. Najmojszych. Tak bardzo, że nikt nie jest w stanie być tu i teraz, chyba że dochodzi do orgazmu. U mężczyzn parę sekund a u kobiet trochę dłużej. Ciekawe czemu zostały bardziej obdarowane przez ewolucję. W końcu obydwie płcie ciężko pracowały przez setki tysięcy lat nad tym, aby spokojnie wydłużać akt penetracji w komfortowych warunkach.

    Zdjęcie profilowe polubił to